Wrzesień sprzyja postanowieniom — po wakacjach wraca chęć na regularny ruch, a razem z nią pytanie, czym ten ruch mierzyć. Rynek podzielił się na dwa obozy: opaski fitness za sto kilkadziesiąt złotych i smartwatche, których ceny startują tam, gdzie opaski kończą, a potrafią dobić do poziomu niezłego laptopa. Marketing podpowiada oczywiście droższą opcję. Praktyka bywa ciekawsza.
Zacznijmy od zaskoczenia: w kwestii samego liczenia kroków, monitorowania snu i tętna opaska robi dokładnie to samo co smartwatch. Czujniki w obu typach urządzeń pochodzą często z tych samych fabryk, a algorytmy zliczające aktywność różnią się mniej, niż sugerowałaby różnica cen. Opaska za 150–250 zł oferuje dziś pomiar tętna całodobowy, analizę snu z fazami, dziesiątki trybów sportowych, powiadomienia z telefonu i baterię trzymającą tydzień do dwóch. Do codziennego „ile dziś przeszedłem, jak spałem, czy się ruszam" to komplet narzędzi.
Smartwatch dokłada do tego zestawu rzeczy, które z krokami mają niewiele wspólnego: duży czytelny ekran, odbieranie połączeń z nadgarstka, aplikacje, płatności zbliżeniowe, często wbudowany GPS i moduł do muzyki bez telefonu. To realne wygody — ale każda z nich kosztuje, i to podwójnie: raz w cenie, drugi raz w baterii, którą w typowym smartwatchu ładuje się co jeden, dwa dni. Jest też kwestia rozmiaru: osoby o drobnych nadgarstkach często odkładają duże zegarki do szuflady po miesiącu, podczas gdy opaski nie czuć na ręce wcale. A urządzenie, którego się nie nosi, liczy kroki wyjątkowo słabo.
Kilka rzeczy sprawdza się przed zakupem, nie po. Kompatybilność z telefonem to podstawa — część funkcji zegarków bywa ograniczona, gdy telefon i zegarek pochodzą z różnych ekosystemów. Warto też zajrzeć do aplikacji producenta w sklepie z aplikacjami i przejrzeć oceny: to w niej spędza się więcej czasu niż na samym urządzeniu, a kiepska apka potrafi zepsuć najlepszy sprzęt. No i pasek — wymienny standardowy pasek to gwarancja, że za rok nie zostaniemy z urządzeniem bez możliwości taniej wymiany przetartego oryginału. Ceny opasek i zegarków falują zresztą w rytmie promocji elektromarketów, więc przy odrobinie cierpliwości jesienne akcje potrafią zdjąć z ceny kilkadziesiąt złotych. Kroki policzą się wtedy podwójnie przyjemnie.